|
Majowy weekend na jazzowo
Bardzo mocnym akcentem zakończyła się tegoroczna, szósta już Zakopiańska Wiosna Jazzowa, ta robiona pod auspicjami United Europe Jazz Festival. Podwójny – tak, tak !! – koncert Jazz Band Ball Orchestra z przyjaciółmi - w Zakopanem i w Krakowie - był bowiem bardziej jednorodnym projektem niż dwukrotnie zagranym koncertem. Pomysł na jazz w ogrodach Wersalu, a po nim na dziedzińcu Radia Kraków spajał w całość dixielandowy projekt pn. Dzień Wyszehradzki.
Molnar Dixieland Band z Węgier i Revival Swing Band z czeskiej Pragi wraz z tarnowską Leliwa Jazz Band czynili to, co po nich spodziewać się mogli miłośnicy starego, dobrego, tradycyjnego jazzu. Rozswingowali, przenieśli w inny nowoorleański i chicagowski świat lat 40-tych XX w. pozytywnie nastroili przed głównym daniem obu wieczorów. A że żadnemu krakusowi Zakopane nie obce, tym większe ich zdziwienie, że tym razem nie folklorem pachniało a jazzem właśnie. „Zakopane w sercu Małopolski” zyskało nowy wymiar i może dobrze się stało, że tym razem obyło się bez oficjalnych przemówień i rezerwacji pierwszych rzędów. Słuchacze stawili się w nadkompletach.
Co działo się przez cztery kolejne dni majowego weekendu, głównie w Hotelu Wersal w Zakopanem, opiszę pokrótce. Po czwartkowym (30.04.) wprowadzeniu w festiwal poprzez jubileuszowy (10 lat na scenie) koncert zespołu The Globetrotters. (foto 1) nie tylko nastroje organizatorów uległy poprawie. Ciekawy program, profesjonalne wykonanie i pełne zrozumienie wykonawców z odległych - wydawałoby się - muzycznych fascynacji było imponujące. Zresztą jak zwykle. Bernard Maseli i Jerzy Główczewski – najwyższy poziom wtajemniczenia, wykładowcy akademii muzycznych, profesjonaliści, Nippy Noya – Indonezyjczyk, świat dźwięków chodzących po ziemi, nie stąd. Pan muzyka. I ten czwarty, Kuba Badach – wokalista „bez tuzinków” . Grupa solistów ? Tak! Zespolona w spójną całość, a gdzie liderem jest Wrażliwość!! I wszystko to w sosie „world music”. Jubileuszowy tort miło zaskoczył muzyków. Chętnie częstowano nim wszystkich przeto specjalnie zagrany na tę okazję bis, tym bardziej osłodził wcale nie najlepsze, a powszechnie znane nastroje organizatorów.
Zaczęło się dobrze i tak już było do końca. Dzień drugi należał do bluesa. Plejada laureatów dorocznej ankiety kwartalnika „Twój Blues” to zawsze gwarancja jakości. Najlepsi z najpopularniejszych. Zawsze z szacunkiem do widza i słuchacza. W projekcie granym tylko raz do roku (Chorzów i Zakopane). Scenariusz koncertu świetnie zaprojektowany (red. Andrzej Matysik), dobrze brzmiący, urozmaicony i świetnie zagrany. Zaczęli chłopcy z formacji „Blues Doctors”. Świeżo, młodzieńczo, na rozkręcenie widowni. A co może ją wprawić w dobry nastrój, jak nie wspólnie śpiewana deklaracja: „Czuję groove”. Ruszyło bujanie, kiwanie, klaskanie. A potem już sami wielcy. Na Gali Blues Top, z reguły nie po raz pierwszy: Jacek Jaguś- gitara (tym razem bez swojego JJ Bandu), Karolina Cygonek- śpiew, Michał – harmonijka, Adam Kulisz – śpiew i Sławek Wierzcholski z Nocną Zmianą Bluesa. To budziło szacunek. Dla wierności tradycji i dla świeżości wyrazu. A porównując z poprzednimi edycjami Gali widziałem jak szlifują się polskie diamenty. Zapytałem Adama Kulisza, który w Zakopanem grał już w cyrkowym namiocie, w namiocie na Placu, a teraz w Wersalu: - Czy w Zakopanem blues trafił na salony ? Odrzekł: „ Kiedyś były saloony, teraz salony! Blues lubi małe sale i duże sceny, ale autentyczny jest wówczas, gdy pomiędzy gitarą a słuchaczem staje przestrzeni na smutek”. Tego wieczoru nikt nie chciał się jednak smucić, za to wszyscy - wykonawcy i widownia – w finałowym numerze śpiewali za Doktorami Bluesa: „Tak dobrze mi na duszy, że śpiewać mi się chce. Tak całymi dniami, tak całymi dniami, śpiewaj, raduj się i baw”. No, a po przerwie wystąpiła gwiazda tego wieczoru: RUF’s Blues Caravan z Danii, choć skład raczej międzynarodowy. Na froncie bowiem „dzieciarnia” z Anglii i Finlandii, ale za to jaka?!!. White Sugar, czyli białowłosa Joanne Shaw Taylor, Erja Lyytinen – Grip of the blues i najmłodszy z tego towarzystwa, zaledwie 18-letni Oli Brown, a wszyscy już z własnym dorobkiem płytowym. Erupcja młodości od pierwszych gitarowych riffów. Show w zachodnim stylu. Ostro, rzekłbym rockowo, funkowo… Jest Power, jest Groove. I tak aż do końca tego wieczoru. W Zakopanem tak jeszcze nie grano. Sala drga i gra. Soliści wychodzą wspólnie i na zmianę. Generalnie prezentują swój autorski materiał z solowych płyt. Tylko sekcja się nie zmienia. Kto tu jest szefem widać po basiście. Wszystko jak w zegarku, Wirtuozeria w karbach rutyny. Słuchaczom pozostało jedynie rozstrzygnąć, która z pań jest ładniejsza i sprawniejsza warsztatowo. Kunszt Joanne widoczny od pierwszych akordów. Agresywna, zdecydowanie bardziej charyzmatyczna od czarnowłosej (!) Finki. Going Home, Bones, Blackest Day – trzy numery wystarczające na to, aby wyrobić sobie własna opinię. Po niej Oli Brown – Anglik o wyraźnych wpływach gitar ze szkoły młodych: Shepparda, czy choćby Langa. Pewność sceniczna, zero tremy, gagi pod publiczkę. To się zawsze podoba, więc i u nas zbiera należny mu poklask. A co na to Erja?? Zmiana stylu i gitar. Trzy utwory i trzy odmienne twarze. Ciekawie, choć bardziej łagodnie. Wokalnie nawet pop’owo. Everythng’s Fine, Grip Of the Blues, Let It Shine - materiał przemyślany I dobry na każdy koncert . Kiedy więc do współpracy na scenę zaproszono Jacka Jagusia wiadomym się stało, że zostaliśmy świadkami koncertu na miarę wydarzenia. I za to Andrzejowi Matysikowi i Thomasowi Ruf’owi – właścicielowi wytwórni płytowej Ruf Records z Danii dziękuję.
Sobota i niedziela 2 i 3 maja. Zakopane – Kraków. Kraków – Zakopane. Bo cóż można powiedzieć o projekcie Tolka Lisieckiego z Agencji Koncertowej JBBO. Życie realizuje wspaniałe scenariusze – jak mówi klasyk i tak stało się w tym roku. Dwa w jednym. Wszystko co zaprezentowano w Zakopanem, w ogrodach i w hotelu Wersal można było wysłuchać i obejrzeć również na dziedzińcu Radia Kraków w dniu następnym. I obejrzano. W obu koncertach nadkomplet słuchaczy. Bo wszystko jest jasne, gdy razem występują: Jazz Band Ball Orchestra, Wojtek Karolak, Jarek Śmietana, Beata Przybytek i dawno nie oglądany, mieszkający na stałe w Niemczech Leszek Żądło. W Zakopanem zimno, w ogrodach zamarza blacha w zespole Molnar Dixieland Band. Trzeba koncert przenieść do środka. Publiczność schodzi się wcześniej niż zwykle, brakuje krzeseł, ale nikt nie narzeka. Taki koncert można wysłuchać na stojąco, bo wszyscy spodziewali się wyjątkowych przeżyć. I nikt się nie zawiódł. Wpierw JBBO (46 lat na scenie formacji Jana Kudyka). Potem z Wojtkiem Karolakiem na pianie i na swym koronnym instrumencie - organach Hammonda. Wszystko swinguje, a oni zapraszają na scenę Jarka Śmietanę. Kraków w natarciu. Wiązanka klasyków w duecie z Karolakiem w mini-koncercie pt „Pamiętasz, była jesień” . Pamiętali wszyscy. Leszek Żądło jechał do kraju specjalnie na te dwa dni. Sekcja w składzie Groborz, Lisiecki, Jamioł i Śmietana niemal z marszu w repertuarze nowoczesnym. Ale czy JBBO rzeczywiście jest jeszcze zespołem tradycyjnym, jak zwyczajowo klasyfikują go czytelnicy „Jazz Forum” ? Śmiem wątpić i właśnie w tym upatruję wielkość i wieczną młodość „najstarszych jazzowych krakusów świata”. A zachowana na sam koniec koncertu piękna i wspaniale wkomponowana w zespół Beata Przybytek zaskoczyła brzmieniem, lekkością i tak lubianą przeze mnie wielką kulturą wykonawczą i skromnością. Bez epatowania, prawdziwie. Cudowny wieczór. Wart powtórzenia. Dlatego na drugi dzień pojechałem do Krakowa. Koncert, myślę, że jeszcze lepszy. Repertuar nieco zmieniony, rzekłbym już przećwiczony. I taki sam jak w Zakopanem, gorący odbiór zachwyconej i wiernej publiczności. I cieszyć się wypada, że koncert ten został zarejestrowany dla TVP Kraków, a zakopiańczycy będą mogli obejrzeć jego w obszerne fragmenty w dniach 16 i 17 czerwca br.
Wiosna jest porą budzącej się witalności i radości. W pierwszych dniach maja jest jej zawsze więcej w Krakowie niż w Zakopanem, ale w tym roku, te dwa dni Zakopiańskiej Wiosny Jazzowej były równie ciepłe pod Giewontem, jak i pod Wawelem. Może dlatego, że rodziła się - i tu i tam - w bólach i stanowczo za długo… Ale to już opowiadanie na inną porę roku.
O czym z pokorą zawiadamia
pankarol@


|